Jak to jest z tymi muzycznymi miłościami?
Jest teoria która mówi: "przy tym co znamy czujemy się bezpieczniejsi, ergo lubimy znane.". W jej konsekwencji wpływ na nasz gust mają czynniki stackujące się od początku naszego życia.
Do tego mamy tą całą naszą gadzią matryce zachowań, sumy atawistycznych odruchów, genetyczny kod da Vinci i cały ten atlas biologiczny zależności.
W chuj mądrych słów, w chuj złożony klucz.
No ale siłą rzeczy - mowa to ciekawy nabytek w takim środowisku.
Ukształtowana przez nie i sama je kształtująca.
I tak jak doszukujemy się w mowie odbić tego środowiska, tak podejrzewam, że w środowisku możemy doszukiwać się odbić naszej mowy.
I jednym z jego elementów jest muzyka którą się otaczamy.
No dobra.
Ostatnio myślałem o tym, że kiedy tak płynie ta muzyka, to jest jakby ktoś mówił. Snuł opowieść.
Zmieniał się ton, tempo. Padały pytania, były zdania w zadumie, rozmowy, krzyki i płacz.
Podobno ludzie dzielą się na tych co myślą słowami i tych co myślą bez użycia słów. Sam na pewno myślę i tak i tak, chociaż rzeczywiście uświadomienie sobie, że myśli się w danym momencie bez słów wymaga nieco refleksji i jest dość abstrakcyjne. Cóż. Ja lubię abstrakcje i absurd.
Kiedy myślę bez słów to cały ten zlepek idei, pojęć i czynności jest jak muzyka właśnie. Jak ta snuta opowieść.
Teraz kiedy siadam i słucham muzyki, to trochę tak jakby ta niewerbalna część świadomości dostała swój odpowiednik rozmowy. Albo raczej odpowiednik słuchania opowieści.