Jak zawrzeć
w kilku słowach
nawet najlepiej ze sobą połączonych
ten jeden oddech
głębszy niż zwykle
***
To pytanie bliskie temu jak zakończyć wiersz, który tak naprawdę tylko cokolwiek zaczyna.
Jak bardzo jesteśmy mali i nieznaczący, w czymś tak niepojętym jak wszechświat. I jak dużo znaczy nasza obserwacja.
I jak to wszystko nieadekwatnie brzmi do tego jakie to w ogóle jest.
Kurwa mać.
niedziela, 16 grudnia 2018
czwartek, 6 grudnia 2018
niezdefiniowane
A najciekawsza jest noc
Kiedy dzień jest powszedni
Lub gdy święto jest co najwyżej kalendarzowe
I czasem nawet gdy robisz herbatę
Tam gdzie próbujesz się odnaleźć na nowo
Znajdujesz to co sam wymyśliłeś
Bądź dopiero wymyślisz
Najciekawsza jest noc
Kiedy dzień jest powszedni
Lub gdy święto jest co najwyżej kalendarzowe
I czasem nawet gdy robisz herbatę
Tam gdzie próbujesz się odnaleźć na nowo
Znajdujesz to co sam wymyśliłeś
Bądź dopiero wymyślisz
Najciekawsza jest noc
wtorek, 4 grudnia 2018
mam.
Mam jedną i tą samą twarz. Ale i dwie strony. Albo trzy. Albo dwadzieścia.
Miłość do tak wielu artystów, kilka gitar, i zawsze znajdę miejsce na następne.
Mam swoje rządze, kompulsywne nieraz. Mam ograniczenia chociaż wypieram ich obecność. Mam tez kiepska pamięć, która to wszystko spina razem jak ktoś kto chce przytulić chmurę.
Mam tę chwile. Wiec jestem jak sądzę zwyczajnie bogaty, mam nawet czas (To nie jest prawda) i wrażliwość, która pozwala mi o tym wszystkim myśleć.
I ten cholerny krem do rąk mam. W końcu.
***
Słucham
Przeszłość gnieździ się jak kot
Opowiadasz
A ja głaszcze tego kota
Deszcz pada
A kiedy będę wracać będzie ślisko na drodze
Miłość do tak wielu artystów, kilka gitar, i zawsze znajdę miejsce na następne.
Mam swoje rządze, kompulsywne nieraz. Mam ograniczenia chociaż wypieram ich obecność. Mam tez kiepska pamięć, która to wszystko spina razem jak ktoś kto chce przytulić chmurę.
Mam tę chwile. Wiec jestem jak sądzę zwyczajnie bogaty, mam nawet czas (To nie jest prawda) i wrażliwość, która pozwala mi o tym wszystkim myśleć.
I ten cholerny krem do rąk mam. W końcu.
***
Słucham
Przeszłość gnieździ się jak kot
Opowiadasz
A ja głaszcze tego kota
Deszcz pada
A kiedy będę wracać będzie ślisko na drodze
środa, 14 listopada 2018
Lawiny
Jestem kamieniem
Wpół drogi lawiny zatrzymanym
Lub takim co wypadł z rumowiska
Tylko z pozoru odcięty
Nadal znaczy to samo
Wszystko się zmienia
W końcu każdy grunt usunie się spod nóg
Przecież jestem kamieniem
Osamotnionym na dodatek
Przyjdą z góry nowe
Będzie rosnąć rówień
Ziemia jednak między nami
Jak blisko siebie nie upadniemy
Dojrzewający rozkład odetnie nas od siebie.
piątek, 26 października 2018
Drogi Erneście II
Drogi Erneście. Nic nie jest takie proste jakim się wydawało.
Siedzę w tym swoim majątku, otoczony przykładami nadmiernej eksplozji możliwości. Czasem tak trudno rozróżnić dorastanie od starzenia się...
Wydawało mi się, że idę z zupełnie inną stronę.
Czuję się jak bohater opowieści Olgi, stojąc na Kolejnym lotnisku, Kolejnym miejscu określonym współrzędnymi (długość, szerokość psychologiczna, godziny, minuty, sekundy...) i konkretniej umiejscawiającym mnie w układzie w którym jedną z osi jest niewątpliwie czas.
Stoję więc na tym Kolejnym lotnisku. Oh, Ernest... Tamten świat spłonął, wróciłbym do zupełnie innego świata. To wszystko składa się na to poczucie, że znów jestem gdzieś w drodze. To część mojego lotu, wkrótce wsiądę do Kolejnego samolotu i wszystko będzie wyglądało inaczej. Pozostaje mi nadzieja, że spotkam Cię jeszcze, że dzielimy ten sam świat i płaszczyznę porozumienia. Prędzej czy później znów okaże się wszystko innym niż teraz jest. Na wielu Kolejnych końcach ja także będę patrzył w lustro widząc tą samą twarz zupełnie innego człowieka.
Wiem, że to co teraz czuję i co myślę, to coś co jutro będzie miało zupełnie inne znaczenie i inną wartość. Wiara w przypowieść o wchodzeniu na górę ma taką słabość, że ów szczyt to mit, całe życie wchodzimy. Ta góra jest cholernie wysoka.
Za mną inny świat, w którym zatrzymałem się przecież na tyle długo, że teraz tęsknie za jego horyzontem. Widziany co rano dawał poczucie spokoju. Aż zaczął kojarzyć się z domem, tak jakby już, już zaraz...
A potem lot przez noc, przez burzę i wiatr.
Jeśli jestem głodny, pozostanę głodny, i choć pewnie będzie tam słońce, czy cokolwiek co by mnie usatysfakcjonowało, zaspokoiło... Nie. (Prawdziwa satysfakcja to coś na co się pracuje)
A przede mną jeszcze tak dużo pracy.
Uświadomiłem sobie, że sam zapomniałem już o uniesieniach. Kiedyś powiedziałeś, że zatrzęsła się ziemia, mówiłeś o jednej parze kochanków w Hiszpanii. Zgubiłem gdzieś tą moc w swoich palcach. Ziemia jest twarda i stabilna.
Wszystko co ważne wymaga wyrzeczeń. Nikt nie zobaczy wschodu słońca ze szczytu jeśli wcześniej na niego nie wejdzie i zasmakuje nocy w górach - to wybrzmiewa jak odpowiedź na moje niezadane jeszcze pytania.
Nie jest tak łatwo jak miało być. Może twój świat jest gdzie indziej.
Mówiłeś o ważnych rzeczach i zmiękczałeś moją samotność. Kiedy z Tobą rozmawiałem, mój świat nieraz oddychał świeżym, zdrowym powietrzem.
Z nieukrywaną tęsknotą patrzę w kierunku w którym odleciał twój samolot.
Trudno mi z tym porankiem w obcym kraju. Bezsennie. Ten chłodny deszcz z ciężkich chmur powoduje, że skóra nieprzyjemnie sztywnieje. Trudno się odezwać do kogokolwiek, bo wszystko jest w Kolejnym obcym języku.
Pewne rzeczy trzeba zaakceptować, a wciąż tak mi trudno to zrobić. Tylu rzeczy jeszcze nie akceptuję. Ciężko założyć plecak na plecy i ruszać dalej, coraz mniej chce się pić Kolejne kawy i wybierać Kolejne loty.
Pamiętasz, opowiadałem Ci kiedyś o tym jak wyruszyłem do Norwegii. Przez dwa tygodnie jechałem rowerem. Sam z własnymi myślami. Zmęczenie i samotność to taka alternatywa dla terapii, sam stajesz się pacjentem, lekarzem i rozpraszającym światem za oknem. I uczysz się mówić, słuchać i rozpraszać. Gdzieś znika czas i wszystko inne co łatwo rozpuszcza się w tym kotle. Zostają tylko prawdziwe problemy. Takie co się nie rozpuszczają. To był właśnie jeden z takich lotów. Tych właściwych, taki z którego się nie wraca.
Gdzieś w głębio serca czuję, że nie spotkał bym Ciebie w taki sposób w jaki Cię spotkałem, gdybym właśnie wtedy, właśnie tam nie wyjechał.
Na razie ten czas z kieliszkiem wina i albańskim papierosem pisząc te słowa otoczony eksplozjami nadmiernych możliwości jest jak czekanie na Kolejną kawę w Kolejnej poczekalni, czekając na Kolejny samolot, do Kolejnego obcego kraju. I chociaż u Olgi wszystkie "Kolejne" w końcu zlewały się w coś co tak naprawdę wcale nie było Kolejne, ale ciągłe i stałe, ja nadal mam nadzieje na to, iż trafię na lotnisko do którego potem będę już tylko wracać.
Jestem więc w obcym kraju. Wszędzie, gdzie się nie udam jest droga która wiedzie w przód i w tył. Na najdalszym końcu świata, wszędzie tak samo.
Bardzo mnie przygnębia ta chujowa pogoda.
Siedzę w tym swoim majątku, otoczony przykładami nadmiernej eksplozji możliwości. Czasem tak trudno rozróżnić dorastanie od starzenia się...
Wydawało mi się, że idę z zupełnie inną stronę.
Czuję się jak bohater opowieści Olgi, stojąc na Kolejnym lotnisku, Kolejnym miejscu określonym współrzędnymi (długość, szerokość psychologiczna, godziny, minuty, sekundy...) i konkretniej umiejscawiającym mnie w układzie w którym jedną z osi jest niewątpliwie czas.
Stoję więc na tym Kolejnym lotnisku. Oh, Ernest... Tamten świat spłonął, wróciłbym do zupełnie innego świata. To wszystko składa się na to poczucie, że znów jestem gdzieś w drodze. To część mojego lotu, wkrótce wsiądę do Kolejnego samolotu i wszystko będzie wyglądało inaczej. Pozostaje mi nadzieja, że spotkam Cię jeszcze, że dzielimy ten sam świat i płaszczyznę porozumienia. Prędzej czy później znów okaże się wszystko innym niż teraz jest. Na wielu Kolejnych końcach ja także będę patrzył w lustro widząc tą samą twarz zupełnie innego człowieka.
Wiem, że to co teraz czuję i co myślę, to coś co jutro będzie miało zupełnie inne znaczenie i inną wartość. Wiara w przypowieść o wchodzeniu na górę ma taką słabość, że ów szczyt to mit, całe życie wchodzimy. Ta góra jest cholernie wysoka.
Za mną inny świat, w którym zatrzymałem się przecież na tyle długo, że teraz tęsknie za jego horyzontem. Widziany co rano dawał poczucie spokoju. Aż zaczął kojarzyć się z domem, tak jakby już, już zaraz...
A potem lot przez noc, przez burzę i wiatr.
Jeśli jestem głodny, pozostanę głodny, i choć pewnie będzie tam słońce, czy cokolwiek co by mnie usatysfakcjonowało, zaspokoiło... Nie. (Prawdziwa satysfakcja to coś na co się pracuje)
A przede mną jeszcze tak dużo pracy.
Uświadomiłem sobie, że sam zapomniałem już o uniesieniach. Kiedyś powiedziałeś, że zatrzęsła się ziemia, mówiłeś o jednej parze kochanków w Hiszpanii. Zgubiłem gdzieś tą moc w swoich palcach. Ziemia jest twarda i stabilna.
Wszystko co ważne wymaga wyrzeczeń. Nikt nie zobaczy wschodu słońca ze szczytu jeśli wcześniej na niego nie wejdzie i zasmakuje nocy w górach - to wybrzmiewa jak odpowiedź na moje niezadane jeszcze pytania.
Nie jest tak łatwo jak miało być. Może twój świat jest gdzie indziej.
Mówiłeś o ważnych rzeczach i zmiękczałeś moją samotność. Kiedy z Tobą rozmawiałem, mój świat nieraz oddychał świeżym, zdrowym powietrzem.
Z nieukrywaną tęsknotą patrzę w kierunku w którym odleciał twój samolot.
Trudno mi z tym porankiem w obcym kraju. Bezsennie. Ten chłodny deszcz z ciężkich chmur powoduje, że skóra nieprzyjemnie sztywnieje. Trudno się odezwać do kogokolwiek, bo wszystko jest w Kolejnym obcym języku.
Pewne rzeczy trzeba zaakceptować, a wciąż tak mi trudno to zrobić. Tylu rzeczy jeszcze nie akceptuję. Ciężko założyć plecak na plecy i ruszać dalej, coraz mniej chce się pić Kolejne kawy i wybierać Kolejne loty.
Pamiętasz, opowiadałem Ci kiedyś o tym jak wyruszyłem do Norwegii. Przez dwa tygodnie jechałem rowerem. Sam z własnymi myślami. Zmęczenie i samotność to taka alternatywa dla terapii, sam stajesz się pacjentem, lekarzem i rozpraszającym światem za oknem. I uczysz się mówić, słuchać i rozpraszać. Gdzieś znika czas i wszystko inne co łatwo rozpuszcza się w tym kotle. Zostają tylko prawdziwe problemy. Takie co się nie rozpuszczają. To był właśnie jeden z takich lotów. Tych właściwych, taki z którego się nie wraca.
Gdzieś w głębio serca czuję, że nie spotkał bym Ciebie w taki sposób w jaki Cię spotkałem, gdybym właśnie wtedy, właśnie tam nie wyjechał.
Na razie ten czas z kieliszkiem wina i albańskim papierosem pisząc te słowa otoczony eksplozjami nadmiernych możliwości jest jak czekanie na Kolejną kawę w Kolejnej poczekalni, czekając na Kolejny samolot, do Kolejnego obcego kraju. I chociaż u Olgi wszystkie "Kolejne" w końcu zlewały się w coś co tak naprawdę wcale nie było Kolejne, ale ciągłe i stałe, ja nadal mam nadzieje na to, iż trafię na lotnisko do którego potem będę już tylko wracać.
Jestem więc w obcym kraju. Wszędzie, gdzie się nie udam jest droga która wiedzie w przód i w tył. Na najdalszym końcu świata, wszędzie tak samo.
Bardzo mnie przygnębia ta chujowa pogoda.
Subskrybuj:
Posty (Atom)