Dzień dobry w nowym roku.
Na opowiadanki i nie-rymowanki przyjdzie czas.
A teraz:
Jak to jest z tymi muzycznymi miłościami?
Jest teoria która mówi: "przy tym co znamy czujemy się bezpieczniejsi, ergo lubimy znane.". W jej konsekwencji wpływ na nasz gust mają czynniki stackujące się od początku naszego życia.
Do tego mamy tą całą naszą gadzią matryce zachowań, sumy atawistycznych odruchów, genetyczny kod da Vinci i cały ten atlas biologiczny zależności.
W chuj mądrych słów, w chuj złożony klucz.
No ale siłą rzeczy - mowa to ciekawy nabytek w takim środowisku.
Ukształtowana przez nie i sama je kształtująca.
I tak jak doszukujemy się w mowie odbić tego środowiska, tak podejrzewam, że w środowisku możemy doszukiwać się odbić naszej mowy.
I jednym z jego elementów jest muzyka którą się otaczamy.
No dobra.
Ostatnio myślałem o tym, że kiedy tak płynie ta muzyka, to jest jakby ktoś mówił. Snuł opowieść.
Zmieniał się ton, tempo. Padały pytania, były zdania w zadumie, rozmowy, krzyki i płacz.
Podobno ludzie dzielą się na tych co myślą słowami i tych co myślą bez użycia słów. Sam na pewno myślę i tak i tak, chociaż rzeczywiście uświadomienie sobie, że myśli się w danym momencie bez słów wymaga nieco refleksji i jest dość abstrakcyjne. Cóż. Ja lubię abstrakcje i absurd.
Kiedy myślę bez słów to cały ten zlepek idei, pojęć i czynności jest jak muzyka właśnie. Jak ta snuta opowieść.
Teraz kiedy siadam i słucham muzyki, to trochę tak jakby ta niewerbalna część świadomości dostała swój odpowiednik rozmowy. Albo raczej odpowiednik słuchania opowieści.
Kiedy patrzyłem wstecz na moment z którym nierozerwalnie jest dla mnie związany ten kawałek, było mi wstyd.
Teraz przestaje się wstydzić, bo to był kawałek światła w cholernie mrocznym i zdradliwym momencie.
Pamiętam gramofon i tamtą jesień.
Zabawne jak bardzo nieoczywistą i ważną rzeczą w moim życiu są te powykrzywiane nieoczekiwane bliskości.
I dosłownie wszystko co wydaje się istotne
Ma jakieś punkty wspólne i styczne
I jest tak inne od reszty
Sugestywnie organiczne
***
"Wokół niej gęstnieje tłum"
Tak między nami
Między Tobą
I resztą
Zawsze była przepaść
Wiem
Uspokajająca mantra
Kiedy wrzucasz piąty bieg
Kradniesz dla siebie to zdanie
Wrasta potem tak głęboko
Korzeniami sięga numeru dowodu
Jesteś gościem we własnym życiu
Niepewność
Ja wiem
Słońce zachodzi a Ty pędzisz przez sen
Pęcznieje wkoło abstrakcja
Rozmywa się
Wyraźny zostaje
Tylko jeden cel
I ja to dobrze wiem
Uspokajająca mantra
Gdy wzrasta gniew
Rytm
Gitarowa partia
Podtrzymanie akcji serca
Uderzenia werbla i ten
Przenoszący do nowego wymiaru
Pęd
Z błogo otwartej rany
Sączy się esencja i śpiew
Ja wiem
***
Tak się sucha muzyki, a nie jakieś pierdolenie.
Byłaś zaskoczeniem tak wielkim
Jak cała ta jesień mglista
Jak fałszywa nuta która w pamięć zapada
I jak dotkliwa pustka gdy jej brak
Byłaś tak cholernie blisko
Że można by myśleć z Tobą
A nie obok
I tak zagraniczne daleko
Że za każdym razem
To wspomnienie o Tobie
Trzeba oswajać
Numerem kierunkowym
***
(Przewrotnie, bo przecież to nie o ten kawałek tu chodzi.)
Niby taki banał, a dla mnie taki wyjątkowy. Z zewnątrz stoicki dystans, kamienna twarz i brak emocji. W środku pożar. W środku zawsze był pożar.
Sam nie wiem co myśleć o terapii, wierzę w to, że pomogła z wieloma rzeczami i jeszcze pomaga, przyswaja się, układa. Czas mija, przepływ staje się ustalony. W środku człowiek podróżuje po emocjach.
Słyszałem ostatnio nagranie Hayley Wiliams śpiewającej Landslide i przez chwilę było wyjątkowo. Linie mi się zbiegły. Jakoś tak wszystko do siebie pasowało, jak naprawdę mało gdzie i mało kiedy.
Wskoczyło Maggot Brain, świat nabrał zapachu ciepłego mieszkania jesienią, 50-cio letnich mebli i wysokich sufitów kamienic. Pojemność emocjonalna urosła do nieskończoności.
Pretty in Scarlett Guano Apesów i znów byłem na szkolnym korytarzu, we wschodnim skrzydle. Ze smakiem szybko palonego papierosa tuż przed lekcją. Tuż przed resztą życia.
Jadę teraz autem, w środku roku, w środku Polski, w środku pracy. Na koniec dnia.
Słońce zachodzi, trasa wije się w przód i wtula się w horyzont. Pastelowe niebo jeszcze drży od gorącego sierpniowego powietrza, chociaż już wrzesień. Pofalowana ziemia wokoło stroszy topole, udając toskańskie okolice.
Jest coś romantycznego w tej drodze, niedomkniętej przestrzeni i perspektywą tego co jeszcze nie widoczne.
Leci Vocal Madrugady i nic nie przywołuje. Staje się tą chwilą i wspomniane potem będzie ją ożywiał na nowo raz za razem. Mimowolna Ceremonia, serce wrze.
Chociaż niedługo zajdzie słońce, skończy się piosenka, to jeszcze zaraz gitara wejdzie i przyniesie rozwiązanie. Małe katharsis, małe zburzenie murów i krzyk w tą przestrzeń...
Chociaż po ciemku nie będzie już Toskańskich wzniesień i pastelowych chmur, zostaną snopy światła. Biała nitka dzieląca pasy i powtarzalne stacje benzynowe. Zamiast Madrugady będzie Archive, zamiast Vocal, będzie Pulse.
Droga, moja droga.
Siedzieliśmy na barierce
Zwieszaliśmy nogi z krawędzi mostu
Wszystko było w przyszłości
Może to byłaś Ty
Wtedy przeplatały mi się zorze
A nie wczoraj z dziś
Ogniem cały świat, może
To byłem ja
A jeżeli, jak?
Tak mało teraz wiem
Siedzieliśmy wtedy na barierce
Zwieszaliśmy nogi nad dniem
Może to byłaś Ty
Może to byłem ja.
A może do cholery dnieje.
Nim spadniesz w tą otchłań
Przejrzyj się w wierszu
Nasłuchuj za wierszem
Jak samobójca
Strzel sobie wierszem w twarz
Wyrwane spomiędzy sekund
Z kontekstu
To co nie wyszło na świat
Zza pewności siebie
drżąca sprawa sprzed lat
Niewypowiedziane słowo
Przy zamykających się drzwiach
Gdy ten pociąg ruszał
W nowy nieznany świat
Smakuj zatem tę przestrzeń
Smakuj ten strach
Wczuj się w rytm bicia tego serca
I tańcz
Święto drogi trwa
Siedzę w otwartym oknie i obserwuję tą cichą i rozedrganą sierpniem noc.
Za rzędem drzew naprzeciwko czasami przejedzie samochód.
Gdzieś tam dalej, gdzie nie ma warszawskiej łuny podobno widać zorzę. W innych mieszkaniach ludzie śpią, zanurzeni w innej rzeczywistości. Takiej gdzie w nocy się śpi.
Nie ma w tym nic podniosłego ani specjalnego. Jest tylko to uczucie. Jedyna sytość jaką znam, ten jeden moment w którym nie żarzy się jak rozpalony, piekący w dłoń węgiel, poczucie, że coś jeszcze trzeba zrobić, coś osiągnąć, coś zdobyć, pokonać, odkryć. Te pięć minut sytości, zanim głód wróci i będzie gonił człowieka znów do utraty tchu.
Chwila spokoju.
Jednym się to kojarzy z okien cyklonu, inni nazywają to ciszą przed burzą - to mało istotne, dopóki znasz to odczucie.
Niebo ciemnieje.
Lubię burze, to coś zostało jak zadra we wspomnieniach - atawizm.
Poczucie niepokoju i jednocześnie bezpiecznej ulgi.
Dawno nie jadłem dzikich malin. Niby takie proste.
I przelewa się w świadomości jak płyn.
Hydrostatyka, zatem.
I dopiero teraz czuję, jak wraca do mnie Wilk Stepowy.