Nie śpię tej nocy.
Moj umysł jest oszołomiony nietypowym harmonogramem.
Nęcę go za kreatywnością.
Z gracją pijanego w sztok biegnę w świat tego co może być.
Wsiadam do samochodu.
Jest już ciemno.
Kończę pracę z uczuciem ulgi i zmęczenia - mało mam pojemności i to zimno mnie męczy.
Mówię szybko, chaotycznie, trudno mnie zatrzymać i sam nie wiem dokąd zmierzam.
Jestem zmęczony i potrzebuję odpocząć.
Czarny asfalt oblany czarną nocą i tylko światła samochodów jak kontrast na sztuce z jakiejś fantomowej epoki.
Wszystko wyrwane z kontekstu.
Dawno nie słyszałem tego charakterystycznego dźwięku kruszenia się śniegu pod butem.
Z początku staranna próba unikania błota świadczy o pewnym odzwyczajeniu.
Potem przychodzi jakaś podświadoma akceptacja. Przemoczone buty już nie przeszkadzają.
Przemarznięte ręce zaczynają odtajać w kieszeniach. Oswajasz się.
A głowa wręcz pragnie ocierać się o ośnieżone gałęzie.
Kiedy ciało poczuje choć lekką woń tego uczucia, zaczyna wyrywać się aby czuć bardziej, więcej, mocniej.
Oby padało jak najwięcej. Oby mgła wzeszła jak najgęstrza. Oby wiało.
Oby jak najbliżej tej dziczy.
Skoro ciało to i emocje można wywietrzyć. Pobawić się nimi. Poobracać w palcach.
Chciałbym, żeby prościej było je poukładać między nie chcę i chcę. Między potrzebuję i nie. Między akceptuję i nie akceptuję.
Co jest moim soft limitem, co jest twardym, a co wręcz przeciwnie.
Sprawczość to nie tylko rurki z kremem. Chłopczyk z zapałkami i papierowym świecie.
Ale nie jest mi prosto. Choć jest już lepiej.
I teraz po spacerze także lżej, mimo braku konsensusu.
Minęło już kilka miesięcy i widzę ile się zmieniło.
Moja pewność siebie powróciła. Poczucie tego kim i gdzie jestem stało się realniejsze.
Wróciła mi wrażliwość i coraz mocniej czuję potrzebę odczuwania.
Kompas, cholera. Bez niego wszystko jest do dupy.
Uczę się stawiać granice i akceptować swoje ograniczenia, chociaż to trudna rzecz.
Zwłaszcza, że wiem - niektórych nigdy nie zaakceptuję.
Pewnie zawsze będę swoim największym przeciwnikiem. Fajnie było by zacząć szanować tą walkę.
I jak to zwykle na spacerze. Zabłądziłem. Nie będę się teraz cofał - jest tu trochę ścieżek których nigdy nie sprawdziłem.
Z jednej strony dłoni -
Od wewnętrznej
Ty
Od drugiej zimno
Z jednej strony ciepło
To jest oddychanie twoim powietrzem
A od zewnątrz pusta przestrzeń
Ręka oparta na twoim boku unosi się i opada
Twoje oczy zamknięte w spokoju
A plecy zamknięte w powtarzalności oddechów
Tylko ja jestem jeszcze nieregularny
I stoję nad przepaścią naiwnie wierząc
Że zdążę przygotować się do skoku
Szeptem ktoś mnie woła
Z pomiędzy drzew wspomnienem
Z mgłą unoszące się w świat
Stań się tym westchnieniem
Jak myśliwy i jak ofiara
Bądź gniewem i skomleniem
Bądź pewnością i zdradą
Stań się westchnieniem
Usłysz
Rytualne bębny
Bicie serca i grzmot
Spójrz
Słońce i księżyc goniące po niebie
Dwójka kochanków naiwnych szukających siebie
Tam w oddali
Wilk idący przez las
Przez ciszę, wilgoć i chłód
Przez święte lasu westchnienie
To nie jest nieubłagane
To jest naturalne
Rytualnie zataczam się i słaniam
O drzewa opieram
Ziemia ciągnąca mnie do siebie
I Krzyczący kruk
Ten Kruk pędzący po niebie
Jest jak znak
Przeczytałem "Siddarthe", kiedy leżałem na kacu.
Dziwna ta jesień.
Pełna pięknej muzyki. Pełna mnie.
I kompas mi drgnął.
Co będzie dalej?
Coś się zmieniło.
Co się zmieniło?
I ta muzyka.
Bębny w głębinach.
Coś się zmieniło.
***
Siedzę na kamieniu i w zadumie obserwuję drogę
Tak jak obserwowałem samoloty siedząc na masce samochodu
Tak jak patrzyłem się w nicość, nocą na krawężniku
Dużo w moim życiu poszukiwania
Kim jestem - jakbym kimś konkretnym był
Dokąd idę - jakgdyby ten kierunek był z góry określony
Moja głowa pędzi szybciej ode mnie
Moje zmysły żyją swoim własnym życiem
A serce wymaga stałej opieki
A kiedy tak siedzę
Wszystko jest na swoim miejscu
Moje skomlące rządze zamieniają się w kolekcje zdjęć
Rozwieszonych w pamięci
"The sun casts a shadow at dusk, that cuts through your bones
Your body, and soul"
***
Zaczyna się piosenka
Wchodzisz w las
Ciemne otwiera swoje - światło
Scena rozpoczyna się
A Ty siedzisz obok
Dwie dusze rozpaczliwie chcą się zbliżyć
Korzenie
Wplątują się w słowa
Wplątują się w myśl
Możemy to przegadać
Możemy się dotykać
Możemy krzyczeć sobie w twarz
I Szeptać
W swoją stronę
Piosenka trwa
I tyle się dzieje wokoło
Wybuchają wojny
I zmieniają się pokolenia
A my wciąż kręcimy tą pozytywkę
W kółko od nowa
Chciałbym
Abyśmy mogli się zatrzymać
Jesteś
Jak zawsze bez imienia
Ręką odgarniasz włosy
Ze swojego czoła
W mojej wyobraźni
Ręką odgarniasz intruzów
Chciałbym
Abyśmy mogli porozmawiać
Pomilczeć
Posiedzieć w głębokim zapamiętaniu
Twoje oczy patrzą oczami kobiet
Z którymi spałem
Twoje ręce
Które przez mgłę starałem się chwycić
Twoje serce tętniące paralelą
Gdzieś u samego spodu
Koło linii basowej
Które tak dobrze było by wreszcie wyczuć
Idealna nieznajoma
Którą znam tak dobrze
Spływa między wiersze
Na sekundę przed tym
Kiedy znajdę odpowiednie słowo
Wahadło tnie powietrze i niesie mnie ku drugiej stronie
Wszedłem w czas wściekłości
Rozpędzony jak syrena w galionie
Po południu wpadło mi do głowy, żeby pojechać na samotny spacer po lesie.
Czasami trudno mi jest balansować pomiędzy potrzebą interakcji z drugim człowiekiem a konstruktywnym spędzeniem czasu samemu.
W końcu udaje mi się wyciszyć i zrobić sobie przestrzeń do wsłuchania się w siebie.
Czuję się jednocześnie poukładany jak nigdy i rozbity do formy pierwotnego chaosu. W głowie mam mocno wtulone w siebie poczucie spokoju i wściekłości, które doskonale się uzupełniają.
Chyba właśnie umiera moja potrzeba superpozycji.
W nocy, kiedy wróciłem do domu położyłem się na wznak na podłodze i włączyłem sobie koncert.
Każdy dźwięk, każdy lokalny węzeł emocji, dotyka mi do kawałka skóry, do mięśnia, do kości. Celebruję moją synestezję.
Pięknie było by być muzyką.
2.10.2022
"Siedzę pijany na lotnisku w Katarze. Nie wiem do czego wracam. Siedzę niewyspany we własnej głowie, próbuję ukryć swoje myśli - które jak zawsze są niepoprawne. Całym ciałem trzymam ten chaos, który rwie się na wojnę. Kac powoli wchodzi, powoli wchodzi muzyka i słońce wschodzi. Ja schodzę. Koniec sceny."
Jak ogień z serca
Pieśń z serca
Jak huk z grzmotu
Pieśń idzie z burzy
Jak krzyk w przepaść
W otchłani się dłuży
Krzyk w pustkę
Milczeniem ściśnięty
W kształce zasuszonej róży
Co pozostała jak blizna po ranie
Krzyk w horyzont
Po kres i nieznane
Jak krzyk w przyszłość
Z przeszłości odbity
Raz za razem
Fale i drgania
To z ust wystrzępionych
Dygoty
Zostań ze mną
Desperackie wołanie
Przyjdź do mnie
Zanim ostateczne się stanie
Odejdź
Póki czas na zmianę
Spal wszystko co zostało
Zgnieć to serce
I daj mu piękną śmierć nad ranem
Kiedyś miałem więcej do powiedzenia
Teraz patrzę
Dawniej chciałem oglądać świat w płomieniach
Teraz sam płonę
Sączy się
Z międzyczasu
Z przedramienia
Z pomiędzy słów
Nie zawsze taki byłem
Płonę
Nie zawsze taki
Byłem
Teraz nadal mówisz do mnie z mgły
Z nocy
Juz nie między słowami, a między
Myślami
A tam gdzie pogrzebaliśmy nasze uczucia
Pozostaną ślady walki i krwi
Tam gdzie pochowaliśmy nasze sny
Ten jeden, ostateczny demon
Śpi
Zamykam oczy gdy idziesz przede mną
Mantra trwa
"Pędzić autem w stepie. W stepie spać. To dopiero miejsce."
Fast forward is fast reverse.
And leap of faith makes this different
Not strange anymore
"Wszystko co zostało schowaj do własnych kieszeni i idź zamiast się trzymać"
Odetchnął z ulgą
Zamknął zakurzony zeszyt
Z każdym słowem
Był coraz dalej
Papieros dogasał w popielniczce
Jak kiedyś
Dyskretny powiernik pocałunków
Zawarł w sobie wszystko co miało przeminąć
I zgasł.
Wziął do ręki stary kompas
Ten który przestał działać
I rzekł
Chodź stary przyjacielu
"Księżyc świeci z prawej, jest w pełni"
Zatrzymaj się na stacji benzynowej
Tam w stepie
Przetrzyj kurz z okien
To nie czas na słabość
Jedź póki świt Cię nie dogoni
Jedź w pogoni za księżycem
"Mógłbym robić teraz wszystko"
Tak się kończy etap
I kończą się wybory
Potencjalność i kolaps
Przyszedł czas
Chodź stary przyjacielu.
Czas żeby Cię naprawić.
Wygnanie - 1
Ktoś stoi w drzwiach, a Ty z jednego zdania wyczytujesz całą epopeje.
To tak wygląda koniec świata.
Kiedy uświadamiasz sobie, że wszystko co czułeś to prawda.
Że nie ma alternatywnego rozumienia,
Że nie ma nadwrażliwości, nie ma innych języków.
Jest to co czujesz.
Teraz ktoś stoi w drzwiach, a Ty czujesz się winny.
I widzę, wiem, jak bardzo nie powinieneś
Nie ma alternatywnego rozumienia
Kiedy ktoś nie ma i nigdy nie miał w sobie przestrzeni
Na Ciebie takim jakim naprawdę jesteś
Wycofujesz się.
Co się stało z moją miłością
Przepływa mi przez palce
I szepcze przez okno
Z ciemnej nocy i mgieł lasu
Nie mógłbym być bliżej
Co się stało z moją bliskością
Wyciągniętą z pomiędzy dźwięków pianina
Niezachwianą pewnością
Uniosła się razem z sercem
I unosząc z wiatrem znikła
Nie mógłbym być bliżej
Jechać nie mógłbym szybciej
Nie mogło być później
Dalej już tylko kolejny dzień
Beznamiętnie nadchodzi
***
Po kryzysach przychodzi spokój. Mój wręcz autystyczny spokój, świat zawężony do rozmiaru doniczki, do rozmiaru kierownicy samochodu, do rozmiaru gitary. Oswajamy się.
Tu gdzie rura z ciepłą wodą.
Łzy podaje do oczu
I czeka co się stanie
A ja tak lubię jak jest obok
Bo ona trzyma to wszystko co mi wypadło po drodze
W tych swoich kieszeniach
Pyta mnie zawadiacko
"kim jesteś"
Jestem.
***
Siedzę teraz, tak jak siedziałem za dzieciaka na krawężniku. Teraz na masce samochodu, w polu gdzies przy Okęciu. Oglądam zachód słońca i lądujące samoloty.
Bez celu, bez ambicji i bez inspiracji. Co będzie dalej?
Ckliwie mi dzisiaj. Coś mnie wyciska w środku.
Trochę jakbym tęsknił za przyszłością - nie ruszysz tego, nie dotkniesz, nie uwolnisz.
Nie zaboli bardziej, żeby dać satysfakcję
Nie zaboli mniej żeby dać wytchnienie.
Po prostu tam będzie. Jak żar w ognisku. Klucz ułamany w zamku do sekretnego pokoju.