Koniec sierpnia i początek września jest jak długi, oślepiająco pomarańczowy zachód słońca.
Chłodny powiew z zachodu coraz częściej owiewa spaloną skórę na szyi.
Wieczory mają już inny zapach.
Znowu.
Wieczory mają już inny zapach.
Znowu.
To jak przeżywam swoje wyjazdy, jest raczej mało zauważalne. Szkoda, że nie potrafię tego właściwie wyrazić.
Kiedy tak wracam niewyspany, z twarzą przyklejoną do okna. Gdzieś nad Rumunią, 10 kilometrów nad ziemią. Moja głowa układa w sobie nowe doświadczenia. Dobrze wiem, że to zostanie we mnie i nigdzie indziej. Tak jak wspomnienie o wspinaczce na skałach nad którymi w tej minucie przelatuję.
Mało ostatnio piszę.
Mało ostatnio piszę.
Kiedy myśli i uczucia są jak muzyka bez słów, raczej ciężko o stenotyp.
Jeszcze chwilę temu paliłem papierosa siedząc na miejscu pasażera, jadąc przez bliskowschodnie miasto...
Noc, światła wieżowców, ogień i zapach ropy. Na skrzyżowaniu mija się ferrari z ładą.
Wszystko obserwowane przez kompletnie popękane szyby, przy muzyce lecącej z jednego działającego głośnika.
Wszystko obserwowane przez kompletnie popękane szyby, przy muzyce lecącej z jednego działającego głośnika.
I ten kurz.
Niewyspany, z twarzą przyklejoną do okna, gdzieś nad Rumunią.
Kurtka, którą jestem nakryty wciąż lekko pachnie tym wszystkim. W samolocie jest cholernie zimno, ale jest przynajmniej miejsce na nogi.
Identyfikuje znane skrzyżowania, miasta, wzgórza. Wszystko jest nierealnie małe, nie mogę połączyć tego w całość, moja głowa tworzy alternatywną wersje każdej z tych rzeczy.
Nie ma dzisiaj wiersza. To wszystko jest inną formą emocji, bardziej kompleksowej i wielowątkowej. Złożonej z tego co realne i tego co wyobrażone, z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.
Znacznie dosadniej oparte na tym co realne i dokonane. Nie umiem dzisiaj ubrać tego w wiersz i czuję, że gdybym to zrobił byłby to byłby znacznie trudniejszy, poważniejszy i głębszy niż to co w tym momencie potrafię pisać.
Jeszcze nie.
Kurtka, którą jestem nakryty wciąż lekko pachnie tym wszystkim. W samolocie jest cholernie zimno, ale jest przynajmniej miejsce na nogi.
Identyfikuje znane skrzyżowania, miasta, wzgórza. Wszystko jest nierealnie małe, nie mogę połączyć tego w całość, moja głowa tworzy alternatywną wersje każdej z tych rzeczy.
Nie ma dzisiaj wiersza. To wszystko jest inną formą emocji, bardziej kompleksowej i wielowątkowej. Złożonej z tego co realne i tego co wyobrażone, z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.
Znacznie dosadniej oparte na tym co realne i dokonane. Nie umiem dzisiaj ubrać tego w wiersz i czuję, że gdybym to zrobił byłby to byłby znacznie trudniejszy, poważniejszy i głębszy niż to co w tym momencie potrafię pisać.
Jeszcze nie.
To co dzisiaj widzę, to to że mimo całej tej walki i szamotaniny nadal jestem w niewłaściwym miejscu.
Wrzesień dobiegł końca. Październik teraz. Czas leci.
Wrzesień dobiegł końca. Październik teraz. Czas leci.
Leżę na podłodze w studiu i mam podobne odczucie jak to z samolotu - część mojej codzienności wydaje się nierealna, sztuczna, alternatywna.
Tylko ciepłej jest. Po trzech latach, w końcu, odkręciłem kaloryfer.
Przeżywam kryzys.
Permanentny, kontrolowany, przewlekły. Definiujący.
Dobry wieczór. Nazywam się Kryzys.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz